Jak rzuciliśmy wszystko i ruszyliśmy w podróż dookoła świata

  Przez lata próbowaliśmy żyć "normalnie". Praca, mieszkanie, plany na dziecko. Tak jak większość ludzi – wakacje raz w roku, bez większych oszczędności, spłata rachunków i próba złapania oddechu w codziennej gonitwie. Ale z czasem przyszło uczucie, że coś w tym wszystkim nie gra.

Zacznijmy od początku. Jesteśmy razem 11 lat, z czego 6 po ślubie. Od zawsze byliśmy parą, u której nigdy nie było nudno. Zaliczyliśmy trzy lata życia w Anglii – ciężko pracując, by zorganizować nasze wymarzone wesele. Wróciliśmy do Polski, urządziliśmy się w domu, który kochaliśmy. Życie toczyło się swoim rytmem.

Ale brakowało jednego – dziecka. Próbowaliśmy. Przez pięć lat. Badania, leczenie, nadzieje, rozczarowania, łzy. Zbliżaliśmy się do momentu inseminacji i wtedy… coś w nas pękło. Zamiast iść tą drogą, postanowiliśmy spojrzeć w zupełnie inną stronę. Skoro nie możemy stworzyć rodziny w sposób tradycyjny – może życie ma dla nas inny plan?



Zawsze marzyliśmy o podróżach, ale to było takie "może kiedyś". Aż w końcu powiedzieliśmy: TERAZ. Rzucamy wszystko. Ruszamy w świat. I niech ta podróż stanie się naszą terapią, naszym nowym rozdziałem, naszą szansą.

Reakcje? Sceptycyzm. Niedowierzanie. "Zwiedzicie dwa kraje i wrócicie z podkulonym ogonem." Ale nie daliśmy się zbić z tropu. Przez rok pracowaliśmy jak mrówki. Na kilku etatach, po godzinach, w weekendy. Odkładaliśmy każdy grosz. Sprzedawaliśmy wszystko – obrazy, rowery, ubrania, aż w końcu samochód. Na koniec zamknęliśmy dom i przeprowadziliśmy się do mamy, by przez ostatnie miesiące jeszcze więcej odłożyć.

Nie było łatwo. Były momenty, kiedy łzy płynęły ciurkiem. Pojawiały się wątpliwości – czy to się uda? Czy damy radę? Ale 5 listopada wsiedliśmy do pociągu Warszawa–Berlin i to był ten moment. Nasza podróż się zaczęła.

Pierwszy przystanek – Nowy Jork. Nocny przylot, nieznajoma kobieta z Facebooka, która zgodziła się nas przyjąć. Ania – nasz nowojorski anioł, która przyjęła nas jak własne dzieci. Będziemy jej wdzięczni do końca życia. Potem Las Vegas, parki narodowe USA i smak pomidorówki w środku Stanów. Bo tak – już w drugim tygodniu podróży poczuliśmy smak domu.

Pamiętamy jak dziś, jak wypożyczyliśmy auto i ruszyliśmy sześciopasmową autostradą w Las Vegas. Wtedy poleciały pierwsze łzy wzruszenia. Zrobiliśmy to. Sami. Bez wsparcia finansowego, bez sponsorów, bez znajomości. Po prostu – wiara, determinacja, dwie głowy pełne marzeń i plecaki.

Od tego momentu wiedzieliśmy, że możemy wszystko. Że ta podróż to nie tylko ucieczka – to nasze nowe życie. Postanowiliśmy dokumentować wszystko na naszych mediach społecznościowych, dzielić się tą drogą z innymi. Pokazać, że miłość, determinacja i odwaga mogą przenosić góry.

Dziś jesteśmy gdzieś w świecie. Może śpimy w pokoju bez prądu, może brakuje ciepłej wody, może jemy kolację na murku przy ulicy. Ale jesteśmy W TYM RAZEM. Nadal trzymamy się za ręce. Nadal wierzymy. Nadal chcemy inspirować.

I chcemy Wam powiedzieć jedno: marzenia są po to, by je spełniać. Nawet jeśli świat mówi: "Nie dasz rady" – pokaż, że możesz. My jesteśmy tego najlepszym dowodem.

Kochamy podróże. Kochamy życie. I kochamy siebie nawzajem.


Komentarze